sobota, 18 maja 2013

GOP 2013 - Dzień 7

Tego dnia hangarowanie z rana zostało odwołane i o 9:00 udaliśmy się na odprawę. Dostaliśmy tam bardzo krótkie zadanka i poinformowano nas, że pogoda dzisiaj nie będzie rozpieszczać. Piloci trochę już zmęczeni poprzednimi trzema dniami lotnymi niechętnie patrzyli w całkowicie zachmurzone niebo. W końcu podjęliśmy decyzję - jedziemy na wycieczkę do zakładów niedaleko Bielsko-Białej, gdzie produkuje i remontuje się szybowce Allstar PZL Glider.


W halach zakładów mogliśmy poznać tajniki budowy i rekonstrukcji szybowców. Widzieliśmy także najnowsze technologie, które w przyszłości mogą być wykorzystywane przy budowie nowoczesnych statków powietrznych.


Poza oprowadzeniem nas po kolejnych stanowiskach produkcyjnych właściciel zakładów Andrzej Papiorek opowiedział nam bardzo wiele ciekawych historii i anegdot związanych z lotnictwem.

Podsumowując była to bardzo ciekawa wycieczka.

Wieczorem po raz pierwszy w trakcie obozu miałem czas, aby podciągnać mojego bloga i zaspokoić ciekawość czytelników, którzy powoli telefonicznie zaczynali już domagać się relacji :-)

GOP 2013 - Dzień 6

W czasie wyhangarowania szybowców koledzy z nadzieją zapytali się czy mam zamiar dzisiaj latać na moim Jantarze. Nie byli chyba jednak zbytnio zdziwieni jak odpowiedziałem, że Jantar na razie nie lata bo mam zamiar skorzystać z wygranego przywileju do lotu na dwusterze z wielokrotnym Mistrzem Świata Sebastianem Kawą.


Na odprawie Sebastian rozdał 2 zadania: 179 i 304 kilometry. Pierwsza z tras była przewidziana dla początkujących i Puchaczy, a druga dla bardziej doświadczonych pilotów. Mieliśmy w planie polecieć krótszą z tras biegnącą przez Babią Górę, Magórkę w okolicy Martina oraz Szyndzielnię. Z Sebastianem wystartowaliśmy jako jedni z pierwszych i około 12:00 odeszliśmy na trasę.

fot. Sebastian Kawa

Bez większych problemów dosyć agresywnie dotarliśmy do Babiej Góry, gdzie złapaliśmy bardzo ładny, dopiero co tworzący się komin na jej północno-zachodnim zboczu.

fot. Sebastian Kawa

Następnie wzdłuż już bardzo dobrze mi znanego jeziora Orawskiego dotarliśmy do malowniczego masywu Małej Fatry.


Chwilę potem zaliczyliśmy punkt zwrotny nad Magórą i powinniśmy zacząć wracać do domu. Pogoda była na tyle dobra, że szkoda było rezygnować z tak dobrze rozpoczętego dnia i Sebastian zasugerował abyśmy polecieli w kierunku Chopoka na co ja ochoczo przystałem. Wiedza, którą od tego momentu zacząłem zdobywać może okazać się bezcenną, gdy już wezmę udział w zawodach w Prievidzy. Po kolei krążyliśmy nad szczytami Katova Skala oraz Lysec, gdzie nisko dogonił nas jeden z Jantarów,  ale jako, że brakło mu wysokości zawrócił w kierunku lotniska Martin.


Od tego miejsca zaczął się jeden z najtrudniejszych elementów dzisiejszego przelotu, gdyż trzeba było przeskoczyć przez wąski pasek powietrza pomiędzy podstawami chmur, a coraz to wyżej podnoszącą się ziemią. Sam pewnie nie odważyłbym się tam polecieć, a tak dzięki Sebastianowi bardzo dużo się nauczyłem. Trochę na termice a trochę na lekkim zafalowaniu zdobywaliśmy kilometr po kilometrze.


Po 15 długich minutach przeskoczyliśmy przez najgorszy obszar w rejon doliny Donovaly gdzie podstawy chmur zaczęły się stopniowo podnosić.

fot. Sebastian Kawa

Przed nami w oczach rósł masyw Niskich Tatr. Tutaj, gdzie góry zaczęły być wyższe, wszystko znowu stało się przewidywalne.

fot. Sebastian Kawa

Wykorzystując żagiel i kominy dosyć łatwo zaczęliśmy podnosić nasz szybowiec do góry.

fot. Sebastian Kawa

Widoki wysokich gór z zalegającym śniegiem w środku maja były bezcenne.

fot. Sebastian Kawa

Około 15:00 dotarliśmy do centrum turystycznego na Chopoku. Zapewne już dawno nikt tutaj nie widział Puchacza, który to gatunek z natury nie zapuszcza się w tak wysokie góry :-).

fot. Sebastian Kawa

Chwilę potem Sebastian powiedział, że mam przeskoczyć górę na północ, a tym samym zawietrzną i szukać kłaków rotorowych (małych chmurek kręcących się w kółko). Faktycznie znalazły się co najmniej 2 takie w pobliżu, ale niestety pomimo naszych usilnych prób nas nie podniosły a duszenia zaczęły się wyżywać nad naszym biednym szybowcem. Zaczęliśmy uciekać w dolinę Liptowską obserwując jak wskazówka wysokościomierza bezlitośnie wskazuje coraz to niższe numerki na skali. Na szczęście w połowie doliny koło jeziora Liptowskiego udało nam się znaleźć mizerny obłoczek a pod nim wcale nie lepszy komin, który jednak uratował nas przed potrzebą organizowania transportu po nasz szybowiec.

fot. Sebastian Kawa

Nasze szczęście nie trwało długo bo po doleceniu do południowych podnóży Tatr Wysokich boleśnie przekonaliśmy się, że wiatr wieje tu ze wschodu a my znowu latamy po zawietrznej zboczy. Jeden postrzępiony komin umożliwił nam dolot przez duszenia do pasma górskiego niedaleko Gubałówki na 300 metrach nad zbocza. Był to trzeci i ostatni kryzys tego dnia.

fot. Sebastian Kawa

W kominie wykręciliśmy podstawę podziwiając widoki na polskie Tatry i Zakopane a następnie udaliśmy się w kierunku domu.

fot. Sebastian Kawa

Te same zjawiska atmosferyczne, które wcześniej popsuły nasze plany, tym razem przyszły nam z pomocą. Na zderzeniu wilgotnej masy z wiatrem wschodnim z suchszą masą z wiatrem południowo-zachodnim nastąpiła konwergencja, która z kolei zaowocowała pięknym szlakiem chmur prawie prosto do mety. Chmury nad nami umożliwiły nam na wzniesienie się na ponad 2400 metrów nad poziom morza. Koło Babiej Góry wykręciliśmy dolot i o 16:30 zameldowaliśmy się nad lotniskiem.

Myślałem, że to już koniec atrakcji na dzisiaj, ale jak się okazało Sebastian nie miał jeszcze dosyć. W ciągu kolejnych 20 minut przećwiczył mnie z żagla na zboczach w okolicy Żaru dając zarazem cenne uwagi jak najefektywniej wykonać każdy element manewrów związanych z takim lataniem.

Wylądowaliśmy przed 17:00 po ponad 5 godzinach spędzonych razem w powietrzu. Tego dnia przelecieliśmy na Puchaczu 267 kilometrów z prędkością 61km/h. Muszę przyznać, że bardzo dużo w czasie tego lotu się nauczyłem, a Sebastian okazał się bardzo dobrym i wymagającym nauczycielem.

Nasz wspólny lot można zobaczyć na serwisie GCUP.EU.

Sebastian BARDZO dziękuję ci za poświęcenie swojego czasu na pokazanie mi latania górskiego i za każdą z cennych rad, których mi udzieliłeś!

piątek, 17 maja 2013

GOP 2013 - Dzień 5

Kolejny dzień zapowiadał się jeszcze lepiej niż poprzedni. Na odprawie Sebastian rozdał zadania: 141, 264 i 325 kilometrów. Mi przydzielono najdłuższe z zadań w kształcie czworoboku o długości 162km i założeniu, że lecimy je 2 razy. Dodatkowo Marek Jóźwicki ogłosił, że osoba, która tego dnia uzyska najwięcej punktów na serwisie GCUP.EU następnego dnia ma zagwarantowany przelot na dwusterze z Sebastianem Kawą. Postanowiłem spróbować skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji na lot z wielokrotnym Mistrzem Świata.


Wystartowałem przed 12:00 i niewiele się zastanawiając jak najszybciej odszedłem na trasę. Bez większych problemów przeskoczyłem nad Szczyrk, a potem Czantorię. Na kolejnym boku trasy spotkałem paralotniarzy.


Niedługo potem podziwiałem z góry jeziorko Nowej Bystrzycy.


Zaliczając kolejny punkt zwrotny przelatywałem nisko nad zboczem w pobliżu mojego wczorajszego pola. Dzisiaj pogoda pozwalała mi się czuć dużo bezpieczniej.


Potem trzeba się było jakoś przebić przez dolinę Orawską w której chmurki termiczne nie są częstymi gośćmi. Wybrałem wschodnią stronę, a potem skierowałem się w kierunku Pilska nadkładając trochę drogi, ale korzystając z silnych noszeń. Dolatując do tego szczytu zobaczyłem kilkaset metrów w kominie nad sobą naszego Puchacza.


Po minięciu Babiej Góry utwierdziłem się w przekonaniu, że uda mi się bez problemów dolecieć nad lotnisko.


Zaliczyłem kolejny punkt zwrotny i z dużym zapasem wysokości doleciałem nad lotnisko Żar. Wykręcając się pod podstawę zobaczyłem dolatującego do lotniska Puchacza, którego jak się okazało po drodze wyprzedziłem. Pogoda z godziny na godzinę była coraz lepsza. Jako, że minęła dopiero 14:30  postanowiłem odejść na drugie kółko. Tym razem to była czysta przyjemność. Coraz większe i mocniejsze chmurki układały się z wiatrem w szlaki, które umożliwiały szybkie pokonywanie dużych odległości bez potrzeby krążenia.


Szlak zniósł mnie tym razem trochę bardziej na południe i moim oczom ukazało się pasmo górskie broniące dostępu do doliny Martina.


Dolina Orawska tym razem nie stanowiła problemu i jeszcze przed Pilskiem wykręciłem dolot na 60 kilometrów przed metą. Dolatując nad metę zrobiłem kosiaka nad wyschniętym zbiornikiem elektrowni na górze Żar.


W czasie drugiego kółka na trasie 162 kilometrów udało mi się uzyskać prędkość 89,9 km/h, a na całej trasie 325 km miałem 76,4km/h.

Tego dnia 4 szybowce wylądowały w terenie przygodnym. Ja organizowałem "akcję ratunkową" dla Pirata, który szczególnie upodobał sobie rozległe pole w Słowacji. Na lotnisko wrociliśmy na krótko przed północą.

Mój lot można zobaczyć na serwisie GCUP.EU. Jak się okazało był to najlepiej punktowany przelot dnia i następnego dnia czekała mnie za to atrakcyjna nagroda.

GOP 2013 - Dzień 4

W końcu prognoza zapowiada pogodę do latania! Od rana piloci zaczęli przygotowywać swoje maszyny do lotu.


Na odprawie Sebastian Kawa rozdał 3 zadania: 108, 215 i 300 kilometrów. Pierwsza i ostatnia z tras była ułożona na kierunku wschód - zachód. a środkowa, która zresztą została mi przydzielona, była trójkątem wysuniętym daleko na południe.


Starty rozpoczęły się około 11:00. Niestety jak doświadczalnie potwierdziłem na południe od lotniska stał front chmur pod którym nie było szans na utrzymanie się w powietrzu.


Po prawie godzinnej nierównej walce pod zachmurzonym niebem matka natura zdusiła mnie do ziemi i zmusiła do lądowania.


Niedługo później wystartowałem po raz kolejny i tym razem nauczony doświadczeniem z poprzedniego lotu postanowiłem śledzić wolno przesuwający się na południe front chmur nie wlatując już więcej pod niego.


Front był na tyle wolny, że co chwila byłem zmuszany do zatrzymania się i odczekania aż słońce opanuje kolejną połać terenu pod moim szybowcem. Pozwoliło mi to dobrze rozejrzeć się w okolicy i zlokalizować miejsca potencjalnie nadające się do lądowania.


Najwięcej czasu spędziłem czekając aż odsłoni mi się Babia Góra i dolina Orawska.



Kolejny dłuższy postój był nad jeziorem Orawskim.


W tym miejscu grunt był dużo wyżej, chmury dużo niżej niż nad Żarem, a przede mną było kolejne pasmo górskie.


Po obserwacji rozwoju sytuacji po drugiej stronie pasma zdecydowałem się na przeskok podziwiając po drodze charakterystyczną wieżyczkę na szczycie góry.


Potem sytuacja potoczyła się już jak roller coaster. Dwa poszarpane trudne do wycentrowania kominy momentalnie wepchnęły mnie w objęcia malowniczego pola na dnie dolinki.


Na pomoc szybko ruszył niezastąpiony Rysiek Bendkowski. Około 2 godzin później przyjechał po mnie swoim samochodem i ze swoim jantarowym wózkiem. Ryśku, jeszcze raz serdecznie ci dziękuję za szybką interwencję!

Tego dnia tylko ja wylądowałem w terenie przygodnym, a większość pilotów pozostała w pobliżu lotniska latając najkrótszą z tras i pędząc pod dobrze wygrzanymi szlakami ze wschodu na zachód i z powrotem.

Mój lot można zobaczyć na serwisie GCUP.EU.

Górski Obóz Przelotowy 2013 - Dzień 1-3

Górski Obóz Przelotowy 2013 to impreza organizowana przez Karkonoskie Stowarzyszenie Szybowcowe oraz Górską Szkołę Szybowcową. Renoma tych 2 instytucji ściągnęła na małe lotnisko EPZR u podnóży Góry Żar (niedaleko Żywca) ponad 20 pilotów z całej Polskiej. Przez 9 dni mają oni okazję trenować pod czujnym okiem wielokrotnego Mistrza Świata Sebastiana Kawy, który przekazuje im tajniki latania przelotowego w wysokich górach.

Na obóz wybrałem się z tym samym Jantarem Std 3 o znakach WM, na którym latałem na SzMWP 2013. Wyjechałem z Gdańska w piątek po ukończeniu pracy i na miejsce dotarłem na krótko przed północą. Z rana napotkał mnie taki widok z balkonu:


Kolejne 2 dni wyglądały bardzo podobnie. Z tego też powodu postanowiliśmy wykorzystać ten czas na doszkalanie teoretyczne. Przez całe 3 dni siedzieliśmy w ławkach od rana do późnego wieczora. Były wykłady Marka Kornecia na temat przelotów falowych i Sebastiana Kawy na temat termiki oraz zjawisk falowych.


Psycholog Kadry Narodowej Joanna Madey przez wiele godzin prowadziła z nami warsztaty na temat przygotowania mentalnego oraz sposobów radzenia sobie ze stresem. Sędzia sportowy Dariusz Cisek poprowadził rewelacyjny wykład na temat przygotowania się do zawodów. Ja natomiast przez kilka godzin "pomęczyłem" uczestników obozu warsztatami na temat nawigacji szybowcowej LK8000.

Od siedzenia cały dzień na krzesłach powoli zaczynały nas boleć 4 litery, ale na szczęście w następny dzień udało się już polatać :-)

czwartek, 9 maja 2013

Diamentowy lot

Prognozy pogody na dzień 01.05.2013 wieściły co prawda termikę bezchmurną, ale za to stabilną i pracującą do późnego wieczora. Z tego powodu zdecydowaliśmy się na ten dzień wyłożyć trasy warunkowe do odznak szybowcowych: 306km po wielokącie do Złotej Odznaki Szybowcowej oraz 507km do Diamentu. Mi przypadła w udziale ta dłuższa trasa.


Dzień zaczęliśmy od sprawnego wyhangarowania szybowców oraz odprawy na której omówiłem warunki meteo i rozdałem zadania. Potem jak zwykle było dobre śniadanko. Nie wiem czy było ono za syte czy była może jakaś inna przyczyna, ale potem wszystko zaczęło się obsuwać. Starty były zaplanowane na 10:30, a o tej porze jeszcze nie było wszystkich szybowców na starcie. Po dodatkowym zmotywowaniu ludzi zaangażowanych w ustawianie grida udało się w końcu wystartować pół godziny po czasie.


Pogoda okazała się nawet lepsza niż zapowiadana. Na niebie pojawiały się delikatne, lecz szybko gasnące kłaczki pokazujące ogniska termiczne co wyraźnie ułatwiło poruszanie się w tej jeszcze niezbyt mocnej porannej termice.


Linię startu przeciąłem trochę poniżej 1000m wysokości AGL o 11:17 a potem dokręciłem jeszcze trochę wysokości w kominie. Lecąc zawietrznym brzegiem lasów, a tym samym omijając strefę TMA lotniska w Gdańsku, szybko dotarłem do Wisły i przeskoczyłem ją na wysokości Nowego.


Wraz z końcem Borów Tucholskich skończyły się kłaczki ułatwiające orientację w sytuacji termicznej regionu. Rozpoczęło się odnajdowanie noszeń tylko na podstawie charakterystyki terenu.


W tym momencie zaprocentowała poprzednia godzina lotu w czasie której dokładnie przygladałem się jak tego dnia rozkładają się kłaczki nad rzeźbą gruntu. Okazało się, że nawet bez pomocy obłoczków jestem w stanie efektywnie przesuwać się do przodu.

Po chwili zameldowałem sie w ATZ Lisich Kątów by wkrótce potem odejść w kierunku na południe od Iławy. Teren tutaj chyba był mniej termiczny, bo noszenia były wyraźnie słabsze niż nad lasami po drugiej stronie Wisły. Dodatkowo nie czując się już tak pewnie stałem się mniej asertywny w wyborze kominów i dosyć często się zatrzymywałem, aby "zatankować" cenne metry wysokości.


Na szczęście jakoś udało mi się przez ten teren przebrnąć, zaliczyć punkt zwrotny o średnicy 1 kilometra i po prawie 2 godzinach znowu się zameldować pod pięknym Cumulusem stojącym nad Lisimi Kątami.


Po chwili po raz drugi dzisiaj przekroczyłem Wisłę i znowu zacząłem pędzić pod coraz to wyżej podnoszącymi się kłaczkami.


Około 15:30 minąłem Chojnice i Jezioro Charzykowskie. Obłoki powoli się rozmywały i zacząłem mieć wątpliwości czy dzisiaj uda mi się oblecieć całą trasę.


Przed 16:00 zaliczyłem kolejny punkt zwrotny i zacząłem się modlić, aby prognozy się sprawdziły i żeby faktycznie podtrzymywały mój szybowiec w powietrzu do godziny 18:00. Zaczęła się walka z czasem. Z jednej strony musiałem lecieć agresywnie, aby nie tracić czasu, ale z drugiej strony taka postawa mogła mnie kosztować lądowanie w terenie przygodnym. Na szczęście około godziny 17:00 udało mi się jeszcze odnaleźć strefę bardzo silnych noszeń nad dużymi obszarami leśnymi. Kominy sięgały 2400m wysokości i muszę przyznać, że zrobiło mi się tam bardzo zimno. Czułem już zmęczenie, głód i chciałem do domu :-)

Ostatni punkt zwrotny zaliczyłem jednym przeskokiem z tych silnych kominów i znalazłem kolejny silny komin nieopodal Wisły. O 17:30 "lusterko" pokazało mi, że do dolotu po najlepszej doskonałości szybowca brakuje mi ze 150-200m wysokości a ku mojemu przerażeniu obłoczki ciągle jeszcze utrzymujące się na niebie przestawały nosić. Dużo czasu spędziłem na testowanie wszystkich rozpadających się już w okolicy kłaków w nadzieji na znalezienie takiej ilości wysokości, którą wcześniej uzyskiwałem w parę minut krążenia. Zacząłem w tym momencie bardzo żałować tych 30 minut o które tego poranka opóźniły się starty. Ostatecznie o 18:00 poddałem się i rozpocząłem mój najwolniejszy w życiu dolot do mety.


Na szczęście nagrzane w ciągu dnia lasy ładnie podtrzymywały i nie było duszeń przez co popychany od tyłu niezbyt mocnym wiaterkiem zacząłem powoli zarabiać wysokość. Obserwowałem jak wyliczana przez LK8000 wysokość lotu powoli rośnie i pokazuje +50, +100, +125, +150, +174 i cały czas modliłem się, żeby nie wpaść w duszenia rzędu -3m/s, które ten zapas wysokości roztrwonią w kilka sekund.


O 18:15 minąłem jeziora Wdzydzkie i poczułem się już prawie jak w domu. Na 16 kilometrów przed metą nawigacja LK8000 pokazywała mi już +254m zapasu wysokości.


Niedługo potem 5km od lotniska zgłosiłem dolot do mety i usłyszałem odpowiedź Marcina "Już wszyscy na ciebie czekamy". Odetchnałem z ulgą bo już byłem pewien, że dolecę.

Niepokój mój wzbudził natomiast inny temat. Zacząłem sobie na gwałt przypomniać przepisy FAI na temat lotów warunkowych. Wiem, że odchodziłem z wysokości niewiele poniżej 1000m natomiast przypomniało mi się coś o jakimś dodatkowym buforze wysokości wymaganym, aby mieć pewność, że urządzenie rejestrujące nie wprowadza błędu. Wtedy nie byłem pewien czy to prawda czy też nie, ale pomny doświadczeń kolegów z obozu w Lubinie, którzy przez podone głupoty potracili diamenty, postanowiłem chuchać na zimne i spokojnie nie spiesząc się przeleciałem linię mety na wysokości 240m. Wtedy usłyszałem w głośniczku szybowca ten sam znajomy głos: "Jantar WM spodziewaliśmy się ciebie troszkę niżej i szybciej :-)". Nie żałowałem swojej decyzji ani przez sekundę, ale jako, że udało mi się wyżebrać trochę wysokości nawróciłem i niskim kosiakiem zameldowałem się nad kwadratem po czym po prawie 7,5 godzinach lotu wylądowałem na trawie lotniska EPKO.


Tego dnia udało mi się zdobyć kolejny warunek do Diamentowej Odznaki Szybowcowej, a Jacek Lenkiewicz zrobił przelot 300km do Złotej Odznaki Szybowcowej. Wieczorem właściciele lotniska postawili 2 szampany i zorganizowaliśmy małą imprezę okolicznościową.


Mój lot można znaleźć na serwisie GCUP.EU.

Kolejny cel: trzeci Diament za 5000m przewyższenia... :-)