niedziela, 23 czerwca 2013

Do trzech razy sztuka - latanie w USA

Na przełomie maja i czerwca tego roku czekała mnie kolejna podróż służbowa do krajów za wielką wodą. Najpierw 10 dni w Guadalajara w Meksyku, a potem 3 dni w Kalifornii koło Sacramento. W między czasie postanowiłem wziąć 2 dni urlopu co łącznie z weekendem dawało mi 4 dni, aby zrobić coś ciekawego.


W czasie planowania podróży jedną z pierwszych rzeczy jaką zrobiłem było otworzenie strony Where To Fly? i zorientowanie się jakie kluby szybowcowe są w pobliżu (ten typ już tak ma :-) ). O pomoc w wyborze miejsca do latania poprosiłem także Sarah Kelly Arnold, z którą po ostatniej przygodzie w USA cały czas utrzymuję dobry kontakt. Wstępnie wybraliśmy 3 miejsca: Arizona Soaring Inc. niedaleko Phoenix, AZ, Sundance Aviation w Moriarty, NM i Soaring NV w Minden, NV. Początkowo chciałem tam atakować diament 500 kilometrów, ale jako, że udało mi się go zdobyć trochę wcześniej na Polskiej ziemi to zmieniłem plan. Postawiłem na przewyższenie 3000 metrów, potrzebne mi już jako ostatni warunek do Złotej Odznaki Szybowcowej. Dodatkowo chciałem nauczyć się czegoś nowego. Ostatecznie mój wybór padł na Arizona Soaring Inc. operujący na lotnisku Estrella pośrodku pustyni w Arizonie.




Noclegi zorganizowałem sobie na lotnisku w czymś co właściciel nazywa "bunkhouse". Początkowo byłem pełen obaw co to oznacza.


Okazało się, że jest to całkiem fajny domek, który przyszło mi przez 4 dni dzielić z innym pilotem, który właśnie kończył swoje szkolenie i miał zdawać egzaminy na licencję szybowcową. Całe jego szkolenie jak i egzamin odbywał na amerykańskim podstawowym szybowcu szkoleniowym SGS 2-33. 



Znam już ten szybowiec z poprzednich wypraw do USA i tym razem postanowiłem zapoznać się z innym sprzętem latającym. Czym prędzej wybrałem się na wycieczkę do hangaru.


Właścicielem firmy Arizona Soaring Inc. jest Jason Stephens - trzykrotny mistrz USA w akrobacji szybowcowej. W hangarze spodziewałem się znaleźć trochę sprzętu do akrobacji, ale to co zobaczyłem trochę mnie zaskoczyło ilością i jakością. 
Znalazłem tam aż 3 Groby G-103 Acro Twin Astir


 i pięknie utrzymanego polskiego MDM-1 Fox


Dodatkowo stoją tam aż 4 SGS 2-33 do szkolenia podstawowego


oraz kilka jednosterów. Znalazłem tam blaszanego SGS 1-26E,


który jak się okazało niejedno już przeżył i raczej nie posiada już oficjalnej doskonałości 23


oraz SGS 1-36 Sprite o doskonałości 31.


Było też kilka perełek takich jak osobliwy Genesis II


czy trochę zaniedbana Mucha Standard.


Niedługo potem udało mi się wzbić w powietrze. Jako, że miałem ważny Flight Review (takie amerykańskie KTP ważne 2 lata) to skończyło się na krótkim locie zapoznawczym w Twin Astirze z lokalnym instruktorem.


Był to mój pierwszy lot w życiu na tym typie szybowca. Niestety nie zrobił on na mnie dobrego wrażenia. Być może moje oczekiwania wobec niego były zbyt wygórowane, ale nie tego się spodziewałem. Na dosyć krótkim drążku wyraźnie było czuć masę tego szybowca i po jakimś czasie latania w postrzępionych kominach miałem już dosyć walki z tą maszyną.


W czasie tego lotu zostałem poinformowany o specyfice latania na pustyni, która mocno różni się od tego do czego przywykłem. Kominy są dosyć rzadko i są wąskie, ale przeważnie dosyć silne. Występują nad konkretnymi ogniskami termicznymi takimi jak pasy asfaltowe czy na zboczach gór. W każdym bądź razie ze względu na monotonię podłoża pustynnego te ogniska są chyba bardziej przewidywalne niż w naszych szerokościach geograficznych.


Tylko w okolicach dużych osiedli było widać odrysowane jak od linijki pola uprawne gdzie dzięki dużym kontrastom sytuacja może zacząć być zupełnie inna.


Duszenia za to są murowane, bardzo silne i rozległe. W szczególności nad obszarami płaskimi pomiędzy licznymi wstążkami wąskich pasm górskich ciężko jest znaleźć kominy.


Po niecałej godzinie wylądowaliśmy i zacząłem się przygotowywać do lotu samodzielnego. Jako, że zamierzałem próbować zrobić oficjalne przewyższenie 3000 metrów to miałem ze sobą swój certyfikowany loger oraz własny akumulator do szybowca. Musiałem go mieć, bo w USA lata się nie tylko bez spadochronów, ale i bez radia przez co zasilane w wielu szybowcach nie jest w ogóle potrzebne. Mój akumulator pomimo tego, że był przewożony w bagażu nadanym to i tak był dokładnie oglądany przez służby na każdym z odwiedzanych lotnisk. Na szczęście przeżył aż do Arizony i uległ lekkiemu zniszczeniu dopiero w czasie kolejnego lotu do Kalifornii, gdzie już nie był mi potrzebny. Po powrocie do Polski miałem już kolekcję aż 6 kartek w różnych językach informujących mnie o rewizji mojego bagażu nadanego :-)


Wystartowałem na SGS 1.26E. Szybowiec ten wydawał się idealny do zadania: tani, wolny i o dobrym promieniu skrętu. Doskonałość nie była najważniejsza bo nie planowałem robić przelotów odległościowych.


Już na holu poczułem pierwszy komin i wyczepiłem się dużo wcześniej niż instruktor sugerował w czasie lotu kontrolnego. Co więcej zaraz potem wycentrowałem komin i zacząłem w nim opadać na otwartych w pełni hamulcach. Straciłem w ten sposób 300m wysokości. Jak już miałem 400m AGL, czyli wysokość, która jeszcze zapewniała mi poprawne lądowanie według lokalnych przepisów, zamknąłem hamulce i zacząłem centrować wąski i postrzępiony na tej wysokości komin.


Z każdą minutą byłem wyżej, ale tego dnia pogoda nawet według "tubylców" była nietypowa i noszenia były jak na tą okolicę raczej mizerne. Pierwszy komin dał mi 1,4m/s średniego wznoszenia i skończył się dosyć nisko.


Postanowiłem poszukać mocniejszych i wyższych kominów w pobliskich górach. Komin za kominem dawał mi coraz więcej wysokości i już zaraz miałem dojść do wymaganego przewyższenia 3000 metrów, gdy nagle powietrze nade mną zaczęło robić się brudne i mętne, a komin wyraźnie słabł i rozlewał się po okolicy. Niestety w tej bezchmurnej termice doszedłem właśnie do inwersji. Ciągle brakowało mi ze 100 metrów do upragnionego celu.


Przez dłuższy okres czasu kręciłem się po okolicy szukając jakiegoś mocniejszego noszenia, które byłoby w stanie trochę wybrzuszyć tą ciemną warstwę powietrza i pozwolić mi się wznieść jeszcze ciut wyżej. W tym momencie zacząłem trochę żałować, że zaraz po wyczepieniu nie opadłem jeszcze niżej nawet jeśli naraziłbym się tym samym tubylcom i w razie niepowodzenia musiałbym lądować z długiej prostej z wiatrem.
W końcu jednak się poddałem i wytracając wysokość na zwiedzanie terenu po ponad 2,5 godziny lotu wylądowałem na lotnisku. Po analizie loga okazało się, że tego dnia zrobiłem 2932 metrów przewyższenia i bardzo niewiele zabrakło mi do sukcesu. Ku mojemu zdziwieniu udało mi się nawet zdobyć ponad 90 kilometrów odległości. Mój lot jak zwykle można zobaczyć na serwisie GCUP.EU.

No, ale co się odwlecze to nie uciecze. Teraz należałoby wytłumaczyć tytuł tego postu. Estrella to trzecie lotnisko w USA na którym latam szybowcami. Lot kolejnego dnia miał być trzecim lotem na tym lotnisku, a i trzecim lotem w którym będę walczył o uzyskanie przewyższenia 3000 metrów (po pierwszym samodzielnym locie nad pustynią oraz moich lotach falowych z Żaru 2 tygodnie wcześniej).


Jeszcze przed 10:00 rano termometr w cieniu pokazywał już ponad 100F i miało być tylko cieplej.


W takim klimacie większość szybowców przechowywanych jest pod dachem. Dzisiaj planowałem zapoznać się z lepszym szybowcem i wyciągnęliśmy z hangaru SGS 1-36. Po kilku minutach na słońcu ten czerwono-czarny blaszany szybowiec rozgrzał się tak, że można było na jego skrzydłach smażyć wielką jajecznicę.


Jeżeli w naszym umiarkowanym klimacie narzekacie czasem na rozgrzane zapięcia od pasów bezpieczeństwa w waszych samochodach to pomyślcie jakim komfortem jest wsiadanie do metalowego szybowca na środku pustyni.


Tego dnia na niebie od czasu do czasu pojawiały się małe kłaki Cumulusów, które nawet tubylcy uznali za ewenement o tej porze roku. Mogło to oznaczać albo wilgotniejsze powietrze, lub fakt, że inwersja dzisiaj jest wyjątkowo wysoko. Napełniło mnie to optymizmem, ale mimo to zaraz po starcie asekuracyjnie opadłem w kominie aż do 340m AGL, aby zwiększyć swoje szanse na powodzenie.


Tym razem praktycznie pierwszy komin dał mi wymagane przewyższenie. Na wszelki wypadek krążyłem dalej.


Dopiero jak nawigacja LK8000 pokazała mi 4000 metrów AMSL to postanowiłem odpuścić bo nie miałem tlenu na pokładzie. W końcu miałem już ponad 200 metrów nad wymagane przewyższenie, lub tak przynajmniej uważałem...



Po wylądowaniu dziękowałem sobie za to, że ciekawość zaniosła mnie tak wysoko, bo najprawdopodobniej poprzez buga w kodzie mojej własnej aplikacji wysokość używana w tym locie do obliczeń była niedokładną wysokością GPS a nie barometryczną, która to jest podstawą do uznania wyczynu. Oficjalnie zdobyłem tego dnia 3063 metry. Jakbym zadowolił się lotem trochę wcześniej to znowu by się nie udało zaliczyć wyczynu.


Jako, że od startu minęła niecała godzina to postanowiłem jeszcze trochę polatać po okolicy. Nie miałem pozwolenia na loty poza stożkiem więc starałem się utrzymywać w odległości połowy doskonałości szybowca od lotniska domowego. Przeleciałem wzdłuż pobliskiego wysokiego pasma górskiego a potem przeskoczyłem na kolejne trochę mniejsze pasmo licząc, że i tam znajdę silne kominy.


Niestety na miejscu nie mogłem nic dobrego wycentrować i ciągle opadałem. Na wysokości 2000 metrów AGL zawróciłem co szybciej do domu odległego o 30 kilometrów od mojej aktualnej pozycji. Ku mojemu przerażeniu w czasie lotu nad pustynnymi równinami wpadłem w silne i rozległe duszenia. Jeszcze nigdy nic takiego nie przeżyłem. Od razu przypomniałem sobie nauki z lotu zapoznawczego. Niestety w tej chwili nie mogłem nic lepszego zrobić niż kontynuować lot po prostej tym bardziej, że dokładnie na mojej trasie w odległości 10 kilometrów od lotniska domowego było prywatne lotnisko Lufthansy. Jak tam doleciałem to było już na prawdę źle. Miałem 300m AGL i zdecydowałem się nie lecieć dalej bo raczej do domu bym nie doleciał.


Już wcześniej przyglądałem się temu lotnisku. Ma ono duży betonowy pas i w duchu liczyłem na to, że jest to najlepsze ognisko termiczne w okolicy. Na szczęście nie pomyliłem się i dokładnie na zawietrznej pasa znalazłem kolejny silny komin w którym szybko zyskałem 1800 metrów wysokości. Pustynia dała mi srogą nauczkę, która na długo popamiętam.


Niedługo potem po raz kolejny tego dnia przekroczyłem 3500 metrów AMSL wysokości i tym razem już bardzo asekurancko zacząłem znowu zwiedzać okolicę. Odleciałem trochę na zachód i po chwili zawróciłem by bardzo wysoko i bezpiecznie wrócić do domu. Woda w butelce zaczęła mi się kończyć a każda godzina lotu zaczynała już być stosunkowo dużym obciążeniem dla mojego budżetu. Dlatego też resztę wysokości zbiłem opadając przez ponad 5 minut na otwartych niezbyt skutecznych hamulcach. Następnie wykonałem bardzo starannie krąg nad lotniskiem i precyzyjnie wylądowałem zaraz przed otwartymi wrotami hangaru.


Po powrocie do domku i analizie tego prawie 3 godzinnego lotu utwierdziłem się w przekonaniu, że właśnie zostałem właścicielem Złotej Odznaki Szybowcowej z dwoma Diamentami!!! :-)

Lot z tego dnia można zobaczyć na serwisie GCUP.EU.

Na tym skończyły się moje lotnicze przygody w klubie zarządzanym przez przyjacielskiego Jasona. Muszę przyznać, że były one bardzo udane. Wiele się nauczyłem, poznałem ciekawych ludzi, zobaczyłem z powietrza nowe krajobrazy, każdy lot wykonałem w nowym dla mnie typie szybowca, no i zdobyłem upragniony warunek do Złotej Odznaki Szybowcowej. Cały trud włożony w organizację przedsięwzięcia zwrócił się w każdym procencie bo uważam, że było na prawdę warto!

Jason, thank you for your hospitality. I had an amazing time flying at your club. I learnt a lot and will remember that for long years. Thank You!

...

Kolejne 2 dni spędziłem na papierologii oraz zwiedzaniu okolicy. Pierwszego dnia zobaczyłem skały popisane przez pierwotne ludy tego kontynentu oraz odwiedziłem wielki park z kaktusami zaraz przy granicy z Meksykiem. Drugiego dnia natomiast o 9:00 rano zameldowałem się w Tucson przed bramą Pima Air & Space Museum.


Żeby zrozumieć ogrom tego muzeum polecam zobaczyć ten link. Jako, że wieczorem miałem samolot do Kalifornii to spędziłem tam niecałe 5 godzin w pośpiechu oglądając ekspozycje w 3 hangarach i dziesiątki samolotów i śmigłowców wystawionych na wolnym powietrzu. Zrobiłem w tym czasie ponad 600 zdjęć, ale to już materiał na osobną okazję...

wtorek, 21 maja 2013

GOP 2013 - Dzień 9 (Ostatni)

Wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Nadszedł ostatni dzień obozu GOP 2013. Prognozy pomimo zapowiadanej termiki bezchmurnej były całkiem obiecujące dlatego rozdano trasy: 120, 224 i 315 kilometrów. Jako, że ostatnie dwie trasy miały prawie taki sam początek nastawiałem się na wykonanie jednej z nich a ostateczną decyzję miałem podjąć po wystartowaniu.


W powietrzu okazało się, że jest bardzo silny wiatr z kierunku południowego. Gasił lub strzępił on co prawda większość kominów, ale tworzył żagiel przy zboczach gór oraz dawał nadzieję na "załapanie" się na falę.


Na niebie pojawiło się też kilka kłaczków, które swoim kształtem i lokalizacją wyglądały mi na rotory.


Rozpocząłem usilnie pod nimi krążyć. Po pewnym czasie dołączyła do mnie Cobra.


W pewnym momencie jak noszenia zaczęły wyraźnie maleć poleciałem pod wiatr i nagle turbulencje ustały i znalazłem się w czystym laminarnym noszeniu ponad 1m/s.


Zawołałem Cobrę i razem zaczęłiśmy się wznosić do góry.


Świat z tak dużej wysokości wygląda inaczej. Inwersja powodowała tak duże zamglenie, że od czasu do czasu gubiłem kontakt wzrokowy z Cobrą.


Jeszcze nigdy w życiu nie udało mi się latać na prawdziwej fali więc doświadczenie to było dla mnie bardzo cenne.


Jako, że nie mam jeszcze zaliczonego warunku przewyższenia 3000 metrów do Złotej Odznaki Szybowcowej to stwierdziłem, że przerywam wykonywanie zadanego przelotu i skupię się na nauce fali, która dla mnie, człowieka znad morza, była jeszcze nierozpracowaną zagadką.


Wielokrotnie tego dnia znajdowałem nowe pola falowe i wznosiłem się na ich szczyt.


Niestety noszenie każdorazowo kończyło się na warstwie inwersji.


Pod wieczór zaczęły pojawiać się chmury soczewkowe sygnalizując falę powyżej inwersji, ale niestety po kilku minutach znikały równie szybko jak się pojawiały.


Po 18:00 wiatr zaczął słabnąć więc zacząłem myślec o powrocie.


Lecąc do domu podziwiałem zachód słońca nad jeziorem Żywieckim.


Nad lotnisko dotarłem z dużym zapasem na wysokości około 1000 metrów.


Miałem więc trochę czasu na podziwianie zbiornika ponownie napełnionego wodą na szczycie góry Żar. Jako, że robiło się późno a tego dnia musiałem jeszcze zapakować szybowiec do przyczepy to zacząłem szybko wytracać wysokość. 


W czasie schodzenia na hamulcach usłyszałem w radiu głos instruktora: "Mateusz, lądujesz o 19:00". Na wysokościomierzu w tym momencie miałem 550 metrów nad poziom lotniska i 17 minut do wyznaczonego czasu. Potraktowałem to jako swojego rodzaju wyzwanie na przetrwanie w powietrzu. Zamknąłem hamulce, wyrównałem lot i zacząłem rozglądać się po okolicy w celu odnalezienia najlepszego terenu do takiego zadania. Swój los powierzyłem nawietrznemu zboczu Jaworzyny i zacząłem wykorzystywać resztki występującego tam żagla. Z każdą minutą traciłem cenną teraz wysokość, ale na tyle wolno, że udało mi się wylądować punktualnie o wyznaczonym czasie :-)


Tego dnia spędziłem ponad 7 godzin w powietrzu i wykonałem mój pierwszy w życiu przelot falowy na odległość ponad 140 kilometrów. Niestety jak się po wylądowaniu okazało udało mi się uzyskać tylko około 2300 metrów samodzielnego przewyższenia czyli do upragnionego warunku zabrakło mi około 700 metrów. Cóż, będę próbować dalej...

Mój lot jak zwykle można zobaczyć na serwisie GCUP.EU.

sobota, 18 maja 2013

GOP 2013 - Dzień 8

Kolejny dzień z niepewną pogodą. Po wczorajszym poszczeniu dzisiaj nastawienie pilotów było zupełnie inne. Jeszcze przed odprawą wszystkie szybowce były wystawione z hangarów. Na odprawie niestety nie powiało podobnym optymizmem. Z rana miało wiać, a potem wiatr miał osłabnąć i miało pojawić się niskie zachmurzenie. Z tego też powodu na odprawie pan Tomasz Kawa zaproponował na ten dzień aż 5 wersji zadania od bardzo krótkich i asekuracyjnych do tras wyłożonych mocno na południe do Słowacji.


Zaraz po starcie okazało się, że podstawa chmur jest na razie zbyt niska, aby myśleć na razie o wykonaniu jakiegokolwiek zadania.


Z tego też powodu wszystkie szybowce zaczęły szaleć na żaglu na zboczu Magórki.


Po dojściu do podstawy zaczęło się polowanie na falę.


Mi udało się wyjść na czoło rotorów i przez chwilę wykorzystać zafalowanie.


Niestety niedługo potem wiatr ucichł a większość szybowców łącznie ze mną spadła na ziemię.

Czekaliśmy na poprawę warunków do 15:00 a potem poddaliśmy się i zaczęliśmy myć szybowce. Potem poszliśmy na obiad. Podczas oczekiwania na podanie jedzenia naszym oczom ukazały się na niebie piękne Cumulusy. Ciągle żałuję, że nie poczekałem trochę dłużej i nie spróbowałem wystartować jeszcze raz :-(

Nikt tego dnia nie przeleciał żadnego z wyłożonych zadań.


Zaraz przed zachodem słońca na niebie pojawiła się piękna tęcza. Mam nadzieję, że to dobry prognostyk na jutro...

GOP 2013 - Dzień 7

Tego dnia hangarowanie z rana zostało odwołane i o 9:00 udaliśmy się na odprawę. Dostaliśmy tam bardzo krótkie zadanka i poinformowano nas, że pogoda dzisiaj nie będzie rozpieszczać. Piloci trochę już zmęczeni poprzednimi trzema dniami lotnymi niechętnie patrzyli w całkowicie zachmurzone niebo. W końcu podjęliśmy decyzję - jedziemy na wycieczkę do zakładów niedaleko Bielsko-Białej, gdzie produkuje i remontuje się szybowce Allstar PZL Glider.


W halach zakładów mogliśmy poznać tajniki budowy i rekonstrukcji szybowców. Widzieliśmy także najnowsze technologie, które w przyszłości mogą być wykorzystywane przy budowie nowoczesnych statków powietrznych.


Poza oprowadzeniem nas po kolejnych stanowiskach produkcyjnych właściciel zakładów Andrzej Papiorek opowiedział nam bardzo wiele ciekawych historii i anegdot związanych z lotnictwem.

Podsumowując była to bardzo ciekawa wycieczka.

Wieczorem po raz pierwszy w trakcie obozu miałem czas, aby podciągnać mojego bloga i zaspokoić ciekawość czytelników, którzy powoli telefonicznie zaczynali już domagać się relacji :-)

GOP 2013 - Dzień 6

W czasie wyhangarowania szybowców koledzy z nadzieją zapytali się czy mam zamiar dzisiaj latać na moim Jantarze. Nie byli chyba jednak zbytnio zdziwieni jak odpowiedziałem, że Jantar na razie nie lata bo mam zamiar skorzystać z wygranego przywileju do lotu na dwusterze z wielokrotnym Mistrzem Świata Sebastianem Kawą.


Na odprawie Sebastian rozdał 2 zadania: 179 i 304 kilometry. Pierwsza z tras była przewidziana dla początkujących i Puchaczy, a druga dla bardziej doświadczonych pilotów. Mieliśmy w planie polecieć krótszą z tras biegnącą przez Babią Górę, Magórkę w okolicy Martina oraz Szyndzielnię. Z Sebastianem wystartowaliśmy jako jedni z pierwszych i około 12:00 odeszliśmy na trasę.

fot. Sebastian Kawa

Bez większych problemów dosyć agresywnie dotarliśmy do Babiej Góry, gdzie złapaliśmy bardzo ładny, dopiero co tworzący się komin na jej północno-zachodnim zboczu.

fot. Sebastian Kawa

Następnie wzdłuż już bardzo dobrze mi znanego jeziora Orawskiego dotarliśmy do malowniczego masywu Małej Fatry.


Chwilę potem zaliczyliśmy punkt zwrotny nad Magórą i powinniśmy zacząć wracać do domu. Pogoda była na tyle dobra, że szkoda było rezygnować z tak dobrze rozpoczętego dnia i Sebastian zasugerował abyśmy polecieli w kierunku Chopoka na co ja ochoczo przystałem. Wiedza, którą od tego momentu zacząłem zdobywać może okazać się bezcenną, gdy już wezmę udział w zawodach w Prievidzy. Po kolei krążyliśmy nad szczytami Katova Skala oraz Lysec, gdzie nisko dogonił nas jeden z Jantarów,  ale jako, że brakło mu wysokości zawrócił w kierunku lotniska Martin.


Od tego miejsca zaczął się jeden z najtrudniejszych elementów dzisiejszego przelotu, gdyż trzeba było przeskoczyć przez wąski pasek powietrza pomiędzy podstawami chmur, a coraz to wyżej podnoszącą się ziemią. Sam pewnie nie odważyłbym się tam polecieć, a tak dzięki Sebastianowi bardzo dużo się nauczyłem. Trochę na termice a trochę na lekkim zafalowaniu zdobywaliśmy kilometr po kilometrze.


Po 15 długich minutach przeskoczyliśmy przez najgorszy obszar w rejon doliny Donovaly gdzie podstawy chmur zaczęły się stopniowo podnosić.

fot. Sebastian Kawa

Przed nami w oczach rósł masyw Niskich Tatr. Tutaj, gdzie góry zaczęły być wyższe, wszystko znowu stało się przewidywalne.

fot. Sebastian Kawa

Wykorzystując żagiel i kominy dosyć łatwo zaczęliśmy podnosić nasz szybowiec do góry.

fot. Sebastian Kawa

Widoki wysokich gór z zalegającym śniegiem w środku maja były bezcenne.

fot. Sebastian Kawa

Około 15:00 dotarliśmy do centrum turystycznego na Chopoku. Zapewne już dawno nikt tutaj nie widział Puchacza, który to gatunek z natury nie zapuszcza się w tak wysokie góry :-).

fot. Sebastian Kawa

Chwilę potem Sebastian powiedział, że mam przeskoczyć górę na północ, a tym samym zawietrzną i szukać kłaków rotorowych (małych chmurek kręcących się w kółko). Faktycznie znalazły się co najmniej 2 takie w pobliżu, ale niestety pomimo naszych usilnych prób nas nie podniosły a duszenia zaczęły się wyżywać nad naszym biednym szybowcem. Zaczęliśmy uciekać w dolinę Liptowską obserwując jak wskazówka wysokościomierza bezlitośnie wskazuje coraz to niższe numerki na skali. Na szczęście w połowie doliny koło jeziora Liptowskiego udało nam się znaleźć mizerny obłoczek a pod nim wcale nie lepszy komin, który jednak uratował nas przed potrzebą organizowania transportu po nasz szybowiec.

fot. Sebastian Kawa

Nasze szczęście nie trwało długo bo po doleceniu do południowych podnóży Tatr Wysokich boleśnie przekonaliśmy się, że wiatr wieje tu ze wschodu a my znowu latamy po zawietrznej zboczy. Jeden postrzępiony komin umożliwił nam dolot przez duszenia do pasma górskiego niedaleko Gubałówki na 300 metrach nad zbocza. Był to trzeci i ostatni kryzys tego dnia.

fot. Sebastian Kawa

W kominie wykręciliśmy podstawę podziwiając widoki na polskie Tatry i Zakopane a następnie udaliśmy się w kierunku domu.

fot. Sebastian Kawa

Te same zjawiska atmosferyczne, które wcześniej popsuły nasze plany, tym razem przyszły nam z pomocą. Na zderzeniu wilgotnej masy z wiatrem wschodnim z suchszą masą z wiatrem południowo-zachodnim nastąpiła konwergencja, która z kolei zaowocowała pięknym szlakiem chmur prawie prosto do mety. Chmury nad nami umożliwiły nam na wzniesienie się na ponad 2400 metrów nad poziom morza. Koło Babiej Góry wykręciliśmy dolot i o 16:30 zameldowaliśmy się nad lotniskiem.

Myślałem, że to już koniec atrakcji na dzisiaj, ale jak się okazało Sebastian nie miał jeszcze dosyć. W ciągu kolejnych 20 minut przećwiczył mnie z żagla na zboczach w okolicy Żaru dając zarazem cenne uwagi jak najefektywniej wykonać każdy element manewrów związanych z takim lataniem.

Wylądowaliśmy przed 17:00 po ponad 5 godzinach spędzonych razem w powietrzu. Tego dnia przelecieliśmy na Puchaczu 267 kilometrów z prędkością 61km/h. Muszę przyznać, że bardzo dużo w czasie tego lotu się nauczyłem, a Sebastian okazał się bardzo dobrym i wymagającym nauczycielem.

Nasz wspólny lot można zobaczyć na serwisie GCUP.EU.

Sebastian BARDZO dziękuję ci za poświęcenie swojego czasu na pokazanie mi latania górskiego i za każdą z cennych rad, których mi udzieliłeś!

piątek, 17 maja 2013

GOP 2013 - Dzień 5

Kolejny dzień zapowiadał się jeszcze lepiej niż poprzedni. Na odprawie Sebastian rozdał zadania: 141, 264 i 325 kilometrów. Mi przydzielono najdłuższe z zadań w kształcie czworoboku o długości 162km i założeniu, że lecimy je 2 razy. Dodatkowo Marek Jóźwicki ogłosił, że osoba, która tego dnia uzyska najwięcej punktów na serwisie GCUP.EU następnego dnia ma zagwarantowany przelot na dwusterze z Sebastianem Kawą. Postanowiłem spróbować skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji na lot z wielokrotnym Mistrzem Świata.


Wystartowałem przed 12:00 i niewiele się zastanawiając jak najszybciej odszedłem na trasę. Bez większych problemów przeskoczyłem nad Szczyrk, a potem Czantorię. Na kolejnym boku trasy spotkałem paralotniarzy.


Niedługo potem podziwiałem z góry jeziorko Nowej Bystrzycy.


Zaliczając kolejny punkt zwrotny przelatywałem nisko nad zboczem w pobliżu mojego wczorajszego pola. Dzisiaj pogoda pozwalała mi się czuć dużo bezpieczniej.


Potem trzeba się było jakoś przebić przez dolinę Orawską w której chmurki termiczne nie są częstymi gośćmi. Wybrałem wschodnią stronę, a potem skierowałem się w kierunku Pilska nadkładając trochę drogi, ale korzystając z silnych noszeń. Dolatując do tego szczytu zobaczyłem kilkaset metrów w kominie nad sobą naszego Puchacza.


Po minięciu Babiej Góry utwierdziłem się w przekonaniu, że uda mi się bez problemów dolecieć nad lotnisko.


Zaliczyłem kolejny punkt zwrotny i z dużym zapasem wysokości doleciałem nad lotnisko Żar. Wykręcając się pod podstawę zobaczyłem dolatującego do lotniska Puchacza, którego jak się okazało po drodze wyprzedziłem. Pogoda z godziny na godzinę była coraz lepsza. Jako, że minęła dopiero 14:30  postanowiłem odejść na drugie kółko. Tym razem to była czysta przyjemność. Coraz większe i mocniejsze chmurki układały się z wiatrem w szlaki, które umożliwiały szybkie pokonywanie dużych odległości bez potrzeby krążenia.


Szlak zniósł mnie tym razem trochę bardziej na południe i moim oczom ukazało się pasmo górskie broniące dostępu do doliny Martina.


Dolina Orawska tym razem nie stanowiła problemu i jeszcze przed Pilskiem wykręciłem dolot na 60 kilometrów przed metą. Dolatując nad metę zrobiłem kosiaka nad wyschniętym zbiornikiem elektrowni na górze Żar.


W czasie drugiego kółka na trasie 162 kilometrów udało mi się uzyskać prędkość 89,9 km/h, a na całej trasie 325 km miałem 76,4km/h.

Tego dnia 4 szybowce wylądowały w terenie przygodnym. Ja organizowałem "akcję ratunkową" dla Pirata, który szczególnie upodobał sobie rozległe pole w Słowacji. Na lotnisko wrociliśmy na krótko przed północą.

Mój lot można zobaczyć na serwisie GCUP.EU. Jak się okazało był to najlepiej punktowany przelot dnia i następnego dnia czekała mnie za to atrakcyjna nagroda.